Cykl „Sportowcy” Edwarda Dwurnika ukazuje barwną plejadę postaci doby PRL-u: robotników, panie z warzywniaka, urzędników, pijaczków, sąsiadki, przechodniów i stałych bywalców szarej codzienności, w której każdy próbował jakoś przetrwać. Paradoksalnie nazwa serii nie pochodzi od sportu, lecz od popularnych wówczas papierosów „Sport” – tanich, powszechnych i mocno wpisanych w realia epoki. Dwurnik swoich bohaterów przedstawiał z groteską i brutalną szczerością, ale bez pogardy. Jego spojrzenie bywało złośliwe, ostre, czasem wręcz bezczelne, a jednocześnie podszyte czułością wobec świata, z którego wyrósł i który znał z bliska. Jak wspominał: „Malowałem ich życie codzienne – jak rano wstawali, jechali do pracy, po pracy stali pod budką z piwem, jak się nawalali, kombinowali, stali w kolejce po salceson, jedli salceson, zakochiwali się, randkowali, pchali wózki z dziećmi, chcieli kupić pralkę czy auto… Jeździłem przecież do akademii pociągiem, kolejką elektryczną z Otwocka do Warszawy. Ten cały ścisk, ludzka ciżba, natłok twarzy, ciał, bluzgów, przepitych oddechów, przepalonych głosów, te tramwaje, to wszystko było dla mnie niesamowitą pożywką twórczą” (cyt. za: M. Czyńska, Jego królestwo, „Tygodnik Powszechny”, 05.11.2018). W „Biurwach” z 1983 roku Dwurnik przenosi widza do biurowego wnętrza, gdzie wokół stołu skupiają się cztery kobiety. W tle piętrzą się szafki na dokumenty, lecz praca wyraźnie ustępuje miejsca rozmowie, przerwie na kawę i leniwemu przeciąganiu chwili. Jedna z postaci siedzi bokiem z papierosem w dłoni, druga, ukazana w całkowitym negliżu, poprawia makijaż przed rozstawionym lusterkiem, dwie kolejne dołączają do półprywatnej pogawędki, mimo trwających godzin urzędowania. Tytuł obrazu brutalnie dopowiada sens tej sceny. „Biurwy” to określenie dosadne, potoczne i celowo prowokacyjne – przywołuje figurę urzędniczki obojętnej, aroganckiej, zajętej wszystkim poza interesantem. Dwurnik wydobywa z tego wyobrażenia cały komiczny potencjał, zachowując właściwą sobie ostrość spojrzenia na absurdy codzienności. Obraz działa jak scenka z pamięci zbiorowej: trochę sekretariat, trochę dziekanat, trochę urząd, w którym człowiek od progu czuje, że przeszkadza. Artysta deformuje postacie, wzmacnia kolor, przerysowuje gesty i miny, tworząc kompozycję jednocześnie zabawną, ostrą i boleśnie rozpoznawalną. „Biurwy” są więc nie tylko satyrą na konkretny typ społeczny, ale też portretem systemu, który w codziennych relacjach produkował zmęczenie, bylejakość, małą władzę i małe upokorzenia. Dwurnik pokazuje PRL od kuchni – dosłownie i mentalnie – z jego papierosem, pogawędką, chaosem, zmarnowanym czasem i absurdalnym teatrem zwykłego dnia.