24.02.2023

W jak wariat? – rys psychologiczny Stanisława Ignacego Witkiewicza

Na jego zachowanie nie było jednej, dobrej recepty. Poprzez swoją wyjątkową mieszaninę błazenady i powagi, wzbudzał (i do dziś wzbudza) szerokie zainteresowanie otoczenia. Stanowił wdzięczny temat do plotek, bo lubił szokować i zaskakiwać. Często tworzył pod wpływem substancji odurzających – czy jednak słusznie uważa się go za hulakę i nałogowca?

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy, materiały prasowe

Portret Stefana Zwolińskiego, 1931Stanisław Ignacy Witkiewicz określał się mianem „demona Zakopanego” – bo i słusznie był lokalną atrakcją na miarę Giewontu czy Morskiego Oka. Miał kotkę o imieniu Schizofrenia, chodził po Krupówkach w papierowej piżamie i generalnie prowokował nietypowe sytuacje. Podczas Zjazdu Filozoficznego w 1936 roku pojawił się przed wielce szanownym gronem profesorskim ubrany w jasnopiaskowy garnitur, pstrokatą żółto-zieloną koszulę z czerwonym krawatem, mając na nosie ogromne czarne okulary w rogowej oprawie. Wygłosił wówczas referat o tak zawiłym tytule, by specjalnie nikt go nie zrozumiał. Dowcipniś – pomyślelibyśmy. Ale za tą maskaradą tak naprawdę krył się człowiek niezwykle inteligentny, wrażliwy i nieśmiały, obawiający się opinii na swój temat: „(…) był on całe życie w pewnym sensie dzieckiem. (…) To dorosłe, a zarazem przedziwnie «niezwykłe dziecko» nie umiało, w pewnych wypadkach nie chciało dawać sobie rady z rzeczywistością, w pierwszym rzędzie z codziennością, praktyczną, życiową” (Białynicki-Birula T., Fragmenty wspomnień o St. Ign. Witkiewiczu, [w:] Stanisław Ignacy Witkiewicz…, dz. cyt., s. 303). Artysta zbudował sobie swój własny świat, w którym czuł się dobrze i bezpiecznie. To nic, że dla reszty był dziwakiem odstającym od społecznych norm.

„Zwykły” świat Witkacemu po prostu nie starczał. Czuł się nienasycony samym faktem istnienia, szukał więc inspirujących przeżyć metafizycznych. Pragnął rozumieć i doświadczać „więcej”. Że był skory do eksperymentów, a przy okazji miał potrzebę zrobienia czegoś po prostu pożytecznego – postanowił wypróbować na sobie różnego rodzaju substancje psychoaktywne i zbadać ich działanie. Wówczas jeszcze, u progu XX wieku, środki odurzające były nie tylko stosunkowo łatwo dostępne, ale również bardzo modne, zwłaszcza wśród bohemy. Witkacy oprócz papierosów i alkoholu, które również zaliczał do narkotyków, testował m.in. kokainę, morfinę, meskalinę, eter czy słynny peyotl – psychodeliczny kaktus. Miał jednak świadomość zagrożeń, jakie płyną z otępiającego zmysły uzależnienia, hamującego doznawanie prawdziwego świata. Zażywane substancje dokładnie odnotowywał na wykonywanych pod ich wpływem portretach. Swoje wrażenia również niezwykle szczerze opisał w książce „Narkotyki”, w której zwrócił uwagę na skutki psychiczne trucizn: „(…) celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch najpotworniejszych «ogłupjansów» (…): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami «białymi» wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to arystokracja narkotyzmu. Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może” (Witkiewicz S. I., Narkotyki, 1932, Wolne Lektury, fundacja Nowoczesna Polska, s. 4). Choć jego ekscentryczny, przedziwny sposób bycia przysparzał wielu tematów do plotek, a czasem wręcz okropnych pomówień – Witkacy był zawsze wierny sobie – i może stąd właśnie jego postać niczym jakaś fantastyczna legenda, dalej nas frapuje?

Portret księdza Pawła Ilińskiego, 1931